Blog > Komentarze do wpisu
Nie wylewać dziecka z kąpielą

Nie wylewać dziecka z kąpielą
Rzeczpospolita
1993-11-08
autor: Jacek Mazurkiewicz

Od kilku lat toczy się u nas dyskusja o zagranicznych adopcjach polskich dzieci. Wiele w niej emocji i poważnych zarzutów. Te ostatnie dotyczą przede wszystkim zjawiska handlu dziećmi, po nowemu zwanego adopcyjnym biznesem. Znaczącą inspiracją dla normatywnego podjęcia tego problemu stał się art. 21 lit. b) Konwencji o Prawach Dziecka, będący -- podobnie jak prawie cała konwencja -- prawem obowiązującym również w Polsce. Na tym tle warto wnikliwie rozważyć propozycje unormowania adopcji zagranicznej zawarte w rządowym projekcie ustawy o zmianie kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, kodeksu postępowania cywilnego oraz prawa prywatnego międzynarodowego, w większej części poświęconym jednak przywróceniu instytucji separacji. Projekt ten znajduje się w grupie 28 w tych dniach przekazanych do Sejmu.

Najistotniejsze jest postanowienie zawarte w proponowanym nowym art. 114 1 § 1 k. r. o. , zgodnie z którym "nie można przysposobić dziecka, jeżeli przez przysposobienie dziecko zmienia dotychczasowe miejsce zamieszkania w Polsce na miejsce zamieszkania w innym państwie, chyba że przysposobienie jedynie przez osobę zamieszkałą za granicą może zapewnić przysposobionemu wychowanie w rodzinie".

Jak widać, przyjęta konstrukcja wyklucza zarzut dyskryminowania obywateli innych państw, który można było postawić pierwszemu podobnemu projektowi z października 1990 r. , zwłaszcza zaś jego uzasadnieniu. Przepis obecnie proponowany dotyczyć ma bowiem także obywateli polskich mieszkających za granicą, a nawet chyba tych, którzy deklarują zamiar emigracji z Polski. Jest on rodzimym odbiciem wspomnianego artykułu Konwencji, który stanowi, że jej strony będą "traktować adopcję związaną z przeniesieniem dziecka do innego kraju jako zastępczy środek opieki nad dzieckiem, jeżeli nie może być ono umieszczone w rodzinie zastępczej lub adopcyjnej albo nie można mu zapewnić w żaden inny odpowiedni sposób opieki w kraju jego pochodzenia (. .. )".

Cel prezentowanego rządowego projektu jest słuszny, nie widać w nim jednak należytej troski o sprawę najważniejszą -- o dobro dziecka. Może być w części przykładem wylewania dziecka z kąpielą. Generalnie dostosowuje nasze prawo do postanowień Konwencji dotyczących adopcji zagranicznych, lecz utrwala sprzeczność z tymi jej unormowaniami, które nakazują szczególną troskę o pryncypialne dobra dziecka. Jest spojrzeniem bardziej na innych aniżeli na samo dziecko. Nie dopuszcza bowiem adopcji zagranicznej, nawet gdy jest to jedyna droga do uratowania jego życia, ochrony zdrowia lub uszanowania więzi uczuciowych, będących dla niego najważniejszą psychiczną potrzebą i głównym gwarantem bezpieczeństwa.

Co ważne, co ważniejsze

Dlatego warto ten projektowany zapis uzupełnić, dzięki czemu jego niewątpliwe zalety nie będą prowokować istotnych zagrożeń. Uważam więc, że art. 114 1 § 1 k. r. o. powinno się in fine nadać takie brzmienie: ". .. chyba że przysposobienie jedynie przez osobę zamieszkałą za granicą może uratować życie albo zdrowie przysposabianego lub zapewnić mu wychowanie w rodzinie, jak również wówczas, gdy przemawia za tym wzgląd na potrzebę ochrony związków uczuciowych przysposabianego". Oszczędniejsza, choć być może nieco mniej czytelna wersja mogłaby mieć postać następującą: ". .. chyba że przysposobienie jedynie przez osobę zamieszkałą za granicą może uratować życie albo zdrowie przysposabianego lub zapewnić mu wychowanie w rodzinie, jak również wówczas, gdy przemawia za tym wzgląd na potrzebę ochrony jego związków uczuciowych". Od lat prowadzę społeczne pośrednictwo adopcyjne, kierując wrocławskim Komitetem Ochrony Praw Dziecka, a także fundacją, która stworzyła w tym mieście Schronisko Matek Ciężarnych "Betlejem". Nigdy nie pośredniczyłem ani nawet nie pomagałem w adopcjach zagranicznych. Mimo to uważam, że może się zdarzyć, że jedynie zagraniczna adopcja uratuje życie lub zdrowie dziecka. Bez przenośni każde dziecko jest skarbem, jakoś i skarbem Polski, lecz przede wszystkim skarbem dla samego siebie. Powinno żyć, a jeśli nie można mu uratować życia lub zdrowia w Polsce, trzeba to uczynić gdziekolwiek.

Dobro dziecka nie powinno być pochłonięte przez enigmatyczny interes narodu lub państwa. Równie wielką wartością są jego związki uczuciowe, nawet z osobami obcymi (np. toruńskimi rodzinami wychowującymi opuszczonych małych Białorusinów) . Jeśli tych związków nie docenimy, znaczyć będzie, że czynimy z dziecka przedmiot, że tak naprawdę chodzi nam o coś innego aniżeli jego dobro. Słuszna troska o likwidację rozpowszechnionego handlu polskimi dziećmi, o "naszą narodową substancję", nie może wychodzić samemu dziecku bokiem.

Sąd Najwyższy wskazał drogę

Proponowane przeze mnie rozwiązanie stara się godzić intencje projektodawców z owym dobrem. Zresztą, taką samą myśl, wskazującą na konieczność respektowania -- przy interpretacji zakazu adopcji zagranicznych -- nadrzędności zasady dobra dziecka oraz uwzględniania potrzeby ochrony więzi emocjonalnej między dzieckiem a osobami, u których przez dłuższy czas przebywało, znajdujemy w wartościowym orzeczeniu 7 sędziów SN z 12 czerwca 1992 r. (III CZP 48/ 92, OSNCP 1992, poz. 179) . O taką też modyfikację rządowego projektu zabiegała dr Maria Łopatkowa.

Za wcześnie na szczegółową interpretację projektowanego przepisu. Wspomnę tylko, że nie dotyczy on zagranicznej adopcji dziecka zamieszkałego za granicą (sytuację tę obejmował wspomniany projekt z 1990 r. ). Jednakże i taka adopcja byłaby u nas w zasadzie niedopuszczalna, a to ze względu na art. 21 lit. b) wiążącej RP konwencji. Projektowany art. 114 1 § 1 jest niewątpliwie rygorystyczny, lecz nie wolno zapominać, iż zarówno k. r. o. , jak i konwencja za kwestię nadrzędną uważają dobro dziecka. Z tego punktu widzenia należy oceniać, czy wierność zakazowi adopcji zagranicznej zobowiązuje do długotrwałych poszukiwań krajowej rodziny adopcyjnej. Wzgląd na dobro dziecka zdaje się jasno przemawiać, mimo słusznego rygoryzmu proponowanego art. 114 1 przeciw mechanicznemu stosowaniu owego zakazu. Wspominał już o tym wcześniej, w powołanym tu orzeczeniu, Sąd Najwyższy.

Paragraf 2 projektowanego art. 114 1 k. r. o. przewiduje jednak dopuszczalność adopcji zagranicznej, "jeżeli między przysposabiającym a przysposabianym istnieje stosunek pokrewieństwa lub powinowactwa, albo gdy przysposabiający już przysposobił siostrę lub brata przysposabianego". Czytelne i godne aprobaty są motywy, dla których przewidziano te wyjątki.

Preadopcja nieobowiązkowa Wykracza natomiast poza problematykę adopcji zagranicznej nowy art. 117 1 § 1 k. r. o. Według zawartej tam propozycji "przed orzeczeniem przysposobienia sąd opiekuńczy może określić sposób i okres osobistej styczności przysposabiającego z przysposabianym". W takiej właśnie postaci miałaby zostać zalegalizowana, od dawna postulowana, od wielu lat praktykowana, preadopcja.

Jej celem jest upewnienie się, jeszcze przed orzeczeniem adopcji, że będzie odpowiadać potrzebom i dobru przysposabianego dziecka, oraz najbardziej wiarygodne ustalenie rodzinnych predyspozycji przysposabiających. Nie ulega wątpliwości, że preadopcja ma również chronić dziecko przed konsekwencjami nie tylko choroby sierocej, lecz wszelkiego urazu, jaki niesie każde, nawet najkrótsze osamotnienie.

Niestety, projektowany przepis tylko dopuszcza możliwość preadopcji, lecz nie czyni jej obowiązkową. Ma więc być inaczej, niż proponowaliśmy przed laty, wspólnie z A. Ciskiem i J. Strzebinczykiem, optując po prostu za koniecznością preadopcji.

Zapisane w rządowym projekcie rozwiązanie różni się też od tego, które przewidywano w pierwszym projekcie wprowadzenia preadopcji, nowelą do k. p. c. z października 1990 r. , oraz od tych, które przyjęto w wielu ustawodawstwach obcych, gdzie preadopcję traktuje się bardzo poważnie. Orzeczenie przysposobienia przez sąd zagraniczny, bez zachowania tego warunku, czyni je np. na terenie wielu stanów USA nieważnym.

Inna sprawa, że projektowany art. 117 1 § 1 k. r. o. może utrwalać, wbrew czytelnej treści, rozpowszechniony i całkowicie bezpodstawny pogląd, jakoby preadopcyjny pobyt dzieci u przyszłych lub aktualnych przysposabiających bez werdyktu sądowego, lecz zgodnie z wolą rodziców przysposabianego, był sprzeczny z prawem, zdaniem niektórych (niestety -- także sądowników) nielegalny. Takiej błędnej interpretacji, którą zresztą proponowano zalegalizować w projekcie z 1990 r. , można jednak zaradzić bez potrzeby modyfikowania proponowanego przepisu.

Przedstawiany projekt przewiduje jedną sytuację, w której preadopcja byłaby obligatoryjna. Zgodnie bowiem z art. 117 1 § 2 k. r. o. , przy adopcji zagranicznej "przysposobienie może być orzeczone po upływie określonego przez sąd opiekuńczy okresu osobistej styczności przysposabiającego z przysposabianym w dotychczasowym miejscu zamieszkania przysposabianego lub w innej miejscowości w Polsce". Wymaganie, aby preadopcja odbywała się na terytorium Polski, spowodowane jest wyłącznie tym, by jej efekty był w stanie ocenić polski sąd. Prawie nic to nie ma wspólnego z art. 1101 k. p. c. (co jako jedyny argument podnosi się w uzasadnieniu projektu) , gdyż ten, w § 1, przewiduje jurysdykcję krajową w każdej sprawie o przysposobienie, jeżeli choć jedna ze stron ma obywatelstwo polskie, nawet gdyby nie miała w Polsce miejsca zamieszkania.

Pośrednictwo bez monopolu

Zajmijmy się też zawartymi w tymże projekcie propozycjami zmian procedury cywilnej. Chodzi o dopuszczenie możliwości zaskarżenia postanowień w sprawie preadopcji (art. 586 1 k. p. c. ) oraz o wprowadzenie nakazu, aby w sprawach o przysposobienie sąd zasięgał opinii ośrodka adopcyjnoopiekuńczego (art. 585 § 3 k. p. c. ). Łatwo się domyślić, że chodzi tu o ośrodek, o którym mowa w art. 2 pkt 7 i art. 5 ust. 4 ustawy o systemie oświaty. Może to chyba sugerować zamiar wprowadzenia przymusu, niewykluczone, że zmonopolizowanego pośrednictwa adopcyjnego. Na gruncie omawianego projektu można się owego zamiaru jeno domyślać, treść bowiem zamierzonego art. 585 § 3 k. p. c. jest jasna i rzecz oczywista takiego przymusu nie zakłada. Zresztą, do jego wprowadzenia konieczny byłby jednoznaczny przepis także dlatego, że stanowiłby ekstremalne odstępstwo od dotychczasowej reguły przyjętej w k. p. c.

Inna sprawa to ocena takiego pomysłu. Warto w tym miejscu przypomnieć rozważne uwagi zawarte w orzeczeniu SN z 12 czerwca 1992 r. : "Przepisy Konwencji nie dają (. .. ) podstaw do ograniczania a priori kręgu podmiotów mogących prowadzić pośrednictwo adopcyjne do jednej centralnej organizacji państwowej lub społecznej. Ponadto doświadczenie uczy, że istnienie jednej organizacji mającej monopol na wszelkie informacje, a także na opiniowanie o celowości określonych działań stwarza pole do różnych nadużyć". Sędziowie SN dodają, że gdy chodzi o adopcje zagraniczne, "również organizacje społeczne i osoby prywatne mogą zawierać stosowne porozumienia z kompetentnymi organami zagranicznymi".

Podzielam te opinie i obawy. Uważam jednak, że pośrednictwo takie winno być licencjonowane i przynajmniej na początku poddane umiarkowanej kontroli. Jestem również przeciwny jakiemukolwiek jego monopolizowaniu, np. takiemu, które proponowano w ministerialnym projekcie z 1980 r. o zmianie k. p. c. oraz rozporządzenia w sprawie postępowania przygotowującego przysposobienie. Była to klasyczna próba stworzenia kosztownej biurokracji preadopcyjnej, w której interesy przysposabianych dzieci stanowiłyby tylko margines, a niektóre z zawartych tam pomysłów wręcz w nie godziły.

Potrzebna zwykła konkurencja

Dodam jeszcze, że oprócz wspomnianych gwarancji, kwalifikacji i praworządności pośrednictwa adopcyjnego w postaci licencjonowania i kontroli potrzebna jest zwykła konkurencja, która będzie niezłym instrumentem zabezpieczającym przed nadużyciami i wygórowanymi cenami owych usług. Trzeba w tym kontekście z niepokojem zauważyć, iż w ośrodki adopcyjnoopiekuńcze przepoczwarzają się już cichutko niektóre agendy TPD. Z moich wieloletnich doświadczeń wynika zaś całkowity brak zaufania dla wielu TPD-owskich instytucji zajmujących się adopcją dzieci. Nie podzielam też pozytywnej opinii, jaką o ich centrali sformułował w powołanym już orzeczeniu SN. Kilkadziesiąt lat praktycznego monopolu w pośrednictwie adopcyjnym w PRL właśnie TPD, organizacji o jednoznacznym ideologicznym obliczuoraz dziwniezapomnianej już funkcji, doprowadziło do tego, że stało się ono polem dla tych właśnie monopolistycznych nadużyć, o których Sąd Najwyższy z dezaprobatą wspomina.

Inna sprawa, że dzisiaj w obszar adopcyjnego biznesu wkroczyli także niektórzy adwokaci, lekarze i położne, pracownicy socjalni, zgromadzenia zakonne, a nawet działacze prolife. Sprzyja temu bezczynność organów prokuratorskich, które mimo licznych sygnałów, także w mass mediach, sporadycznie wnoszą akty oskarżenia na podstawie art. IX § 2 przepisów wprowadzających k. k.

Ostatnia z proponowanych zmian zawartych w prezentowanym tu rządowym projekcie dotyczy prawa prywatnego międzynarodowego. Wprowadza nakaz respektowania ograniczeń dotyczących adopcji zagranicznych, przewidzianych w prawie ojczystym przysposabianego, zarówno gdy jest on obywatelem polskim, jak i wtedy, gdy nie ma on żadnego obywatelstwa lub ustalić go nie sposób.

piątek, 27 lipca 2007, camparis